Chaing Mai - my love

środa, 30.stycznia.2013, 18:24

Chiang Mai to miasto położone na północy Tajlandii. Piąte co do wielkości w całym kraju, ale liczy zaledwie 150 tys. mieszkańców. Pod względem komunikacyjnym i gospodarczym jest najważniejszym miastem w tym regionie a przez Tajów bywa nazywane „Różą Północy”. W drodze do Chiang Mai właściwie nie wiedziałam, czego mam się spodziewać. Od wielu turystów spotkanych gdzieś po drodze słyszałam różne opinie. Jedni byli zachwyceni, inni stwierdzali, że nic ciekawego tam nie ma. Ja po spędzeniu tam dwóch dni, strasznie żałuję, że nie mogłam zostać na dłużej… To było chyba jedno z ciekawszych miejsc, w których byłam, jeśli chodzi o miasto samo w sobie. Chiang Mai jest bowiem kombinacją dużego miasta i małej turystycznej mieściny. Ludzie są przemili, ceny niezbyt wygórowane, klimat, krajobrazy, jedzenie – po prostu fantastyczne! W samym mieście – jako takim – polecam spędzić minimum dwa dni, żeby móc odkryć jego niepowtarzalny klimat i w spokoju rozkoszować się wszystkimi dobrodziejstwami, które ma do zaoferowania. Szczególnie wieczorami warto wybrać się na tętniące życiem nocne bazary, gdzie można nie tylko zrobić zakupy, ale i dobrze zjeść, lub spotkać co ciekawsze "osobistości". Polecono mi wybrać się na Anussan Market. To jest rzecz, którą rzeczywiście trrzeba zobaczyć! Kolorowe lampiony rozwieszone nad całym bazarem, mieszanka różnych aromatów unoszących się w powietrzu i wieczorne pokazy tradycyjnego tańca sprawiają, że miejsce wygląda magicznie. Na targu można też spotkać wielu transwestytów poprzebieranych w najbardziej barwne stroje - suknie z piórami, świecąca biżuteria, sceniczny makijaż - czegoś takiego nie zobaczycie nawet w najlepszym klubie w Polsce... 

Jednak nocne życie Chiang Mai to nie wszystko. Warto poświęcić trochę uwagi świątyniom – choć po Bangkoku, Ayutthayi i Sukhothai wydawało mi się, że mam już dość oglądania świątyń, to te w Chiang Mai sprawiły mi szczególną przyjemność. Większość turystów zwiedza najbardziej oblegane, jak choćby Wat Phra Singh. Osobiście polecam zaglądać też do mniejszych, gdzie nie ma tłumów robiących zdjęcia, i gdzie można znaleźć prawdziwe perełki. Warto poszukać tych starszych i tych nowszych świątyń i poszukać różnic w stylu ich urządzania.




W świątyniach lub w ich pobliżu często można napotkać buddyjskich mnichów. Ja dostałam od jednego z nich "bransoletkę" - kawałek białego sznurka splecionego w specjalny sposób. Obdarowanie tego typu podarkiem powinno przynieść noszącemu bransoletkę szczęścię. Zwykle w zamian za taki podarek ofiarowuje się mnichom koszyczek z niezbędnymi dla nich artykułami spożywczymi.


Mnisi, którzy znają angielski chętnie rozmawiają z turystami - opowiadają o kulturze i religii. Dla nich to możliwość praktycznego użycia języka i doskonalenia go, dla turystów niepowtarzalna okazja, by dowiedzieć się czegoś więcej z pierwszej ręki a nie tylko z przewodnika. Tak było w moim przypadku. Przechadzając się po małym parku wokół jednej ze świątyń, gdzie na drzewach umieszone były tabliczki z różnymi przekazami buddyzmu, zobaczyłam mnicha siedzącego przy stoliku z dwójką turystów. Uśmiechnęłam się a ten pokazał, bym do nich dołączyła. Tak więc wspólnie z dwójką pozostałych (Kanadyjczyk i Chinka) rozmawialiśmy przez ponad godzinę o wielu kwestiach dotyczących nie tylko religii, ale też obyczajów i wpływu dawnych wierzeń na obecne poglądy Tajów. Tajowie wierzą bowiem, że każdy kawałek ziemi, czy każde drzewo zamieszkują „duchy” (spirits a nie ghosts). Jeśli chcą więc postawić dom, niejako wyganiają duchy  z ich własnego terytorium. Aby ich nie rozgniewać, że zostały pozbawione miejsca do życia, stawiają na swojej posesji dodatkowy mały domek – przypominający nieco karmnik dla ptaków, a w wersji dla bogatszych mini świątynię. Codziennie przyozdabiają je świeżymi kwiatami i składają podarki – owoce, jedzenie, napoje. W tajskich domach często znajdują się też mini ołtarze z figurą Buddhy, przed którym też składa się dary. To wszystko ma na celu zapewnienie domostwu bezpieczeństwa – duchy przebłagane codziennymi podarkami powinny w zamian chronić dom przed złymi siłami i ustrzegać ich mieszkańców od wszelakich chorób. Pochodzenie tego zwyczaju nie jest dobrze znane – nie jest to bowiem element religii a raczej fragment kultu i ludowych wierzeń, które utrwalane były z pokolenia na pokolenie. Co dziwniejsze, nawet poważne instytucje, jak banki stawiają podobne mini świątynie przed swoim progiem.


Rozmowa z mnichem była dość owocna i obaliła sporo stereotypów, które biały człowiek zazwyczaj ma w głowie. Ze zdziwieniem patrzyłam, jak sprawdzał na komórce godzinę… Wydawało mi się, że mnisi wyzbywają się wszystkich dobrodziejstw tego świata i żyją skromnie. Ale to nie do końca tak jest. Wszystko zależy od tego, jakiego rodzaju mnichem się jest. Ten, z którym rozmawiałam, był studentem buddyjskiej uczelni. Dla wielu młodych mężczyzn buddyjska uczelnia to jedyny sposób na otrzymanie dobrego wykształcenia. Poziom wszystkich buddyjskich szkół jest bowiem wysoki. Edukacja to jednak nie jedyny argument by zostać mnichem. Wielu robi to z przekonania i woli poświęcenia swojego doczesnego życia sprawom duchowym. Tak więc są też i tacy mnisi, którzy udają się w góry i żyją w odosobnieniu przez kilka miesięcy a nawet lat…  


Chiang Mai dzięki swojemu urokliwemu położeniu sprawia, że chce się tam zostać przynajmniej na tydzień, by codziennie organizować stamtąd przeróżne wycieczki, jak choćby trekking w dżungli położonej zaledwie 50km od miasta. Na własną rękę nie jest wcale tak łatwo dostać się do serca dżungli – a już na pewno nie wiadomo, czy jest to bezpieczne… Dlatego wiele lokalnych agencji turystycznych oferuje zorganizowane wycieczki- od jedno- do kilkudniowych. Trekking, rafting, przejażdżki na słoniu, odwiedziny tygrysiego królestwa, farmy węży i motyli, uprawy orchidei, wyprawy do wiosek różnych plemion, szkoły gotowania i wiele innych atrakcji czeka na turystów w okolicach Chiang Mai. Jedyna kwestia, to kasa. Wycieczki są różne a ceny zaczynają się od około 500BHT (za kilku godzinną wycieczkę np. do świątyni Wat Doi Suthep) a kończą na kilkutysięcznych sumach za 2-3 dniowe wycieczki trekkingowe z różnorodnymi atrakcjami. Ja wybrałam się na jeden dzień do dżungli- dzień pełen przygód zaczął się od odwiedzenia farmy orchidei i motyli, potem przejażdżka na słoniach i spływ bambusową tratwą oraz trekking w dżungli prowadzący do małego wodospadu. Dalej odwiedziny wioski tybetańskich uchodźców a koniec rafting. Wszystko bardzo przyjemne i w miarę dobrze zorganizowane, choć jak się okazało moja grupa miała wykupione różne opcje, więc niektórym czasem przypadło czekać na innych – mi osobiście 1,5h gdy spora część grupy była w parku linowym i śmigała niczym gibony między drzewami. No cóż… next time ;)

Farma orchidei: 




Godzinna przejażdżka na słoniach- miałam fajnego "kierowcę", który pozwolił mi usiąść nie tyle w koszyku, co na karku słonia i kierować nim :) A to ja i Mula - niezwykle przesympatyczna słonica: 





Najlepsza frajda była przy przeprawie przez rzekę, kiedy słonie schodziły z pagórkowatego terenu w dół... Jedyna myśł w głowie: tylko nie spaść z grzbietu do wody ;) 



Słonie to inteligentne zwierzęta, które mają do tego bardzo dobrą pamięć - słonice potrafią zapamiętać człowieka na okres około 3 lat. Samce przez rok. Młode lubią się bawić i biorą udział w różnego rodzaju show- potrawią grać w piłkę i kręgle, tańczyć (puścili gangnam style) a nawet robić masaż i malować trąbą. 







Ale to, co słonie lubią najbardziej, to kąpiel w upalny dzień. Jak widać, niektórzy turyści postanowili dołączyć ;) 


Spływ bambusową tratwą - nasz operator wiosła miał wybitne poczucie humoru i co rusz krzyczał "crocodile" wskazując na jakiś pień wystający lekko ponad powierzchnię wody, ale "coconut" wskazując na słoniowe kupy ;)



Jakby ktoś nie wiedział, to ta na samym końcu to ja :) 


Mini wodospad w dżungli


Wioska Tybetańskich uchodźców. Oficjalnie mają tajskie dokumenty, ale posiadają własny język, odrębne stroje (tyczy się głónie kobiet) i inną religię. Na tych teranach zamieszkali mniej więcej po 1945 roku. Do tej pory żyli głównie z rolnictwa, jednak narastający turyzm sprawił, że  zaczęli zajmować się też sprzedażą pamiątek - dokładnie takich samych jak na każdym rogu w całej Tajlandii.  




Niestety tylko z raftingu nie mam żadnego zdjęcia - ale wiedząc, z czym to się je nikt nie odważył się zabrać aparatu... Krótko mówiąc- po godzinnym spływie byłam kompletnie przemoczona, a słońce właśnie zachodziło. Ale przynajmniej ubaw był po pachy ;)

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Sukhothai

poniedziałek, 21.stycznia.2013, 18:47

Podróż z Ayutthaya do Sukhothai trwa 6h, ale jechało się całkiem przyjemnie- po drodze kierowcy zatrzymywali się kilkakrotnie na krótkie postoje i raz na postój obiadowy. Tak czy siak wyjeżdżając pierwszym autobusem (koło 9) na miejscu byłam dopiero koło 15. Niby wcześnie, ale jednak… czasu na zwiedzanie tego dnia nie było zbyt wiele. Sukhothai dzieli się na dwie części – starą i nową. Stara obejmuje głównie Sukhothai Historical Park, a nowa, to właściwie kilkanaście/kilkadziesiąt uliczek na krzyż, które można przejść w przeciągu godziny lub dwóch. Większość gueshousów i hoteli znajduje się w nowej części, skąd do parku historycznego łatwo można dojechać songthewy (półciężarówka z dwoma lub trzema deskami do siedzenia umocowanymi wzdłuż przyczepy). Odległość 12km pokonuje się w ok 20-30 minut, za 30BHT. Moja pierwsza podróż była dość zabawna- byłam jedyną białą jadącą tą ciężarówką. Resztę pasażerów stanowiły dzieciaki wracające po szkole do domu. Dość ciekawe przeżycie być obiektem zainteresowania 20 dzieci w różnym wieku ;)


Większość przewodników ma nieaktualne dane – zwłaszcza w kwestii cen biletów wstępu na teren kompleksu. Park składa się z 5 sektorów, z czego centralny jest chyba najładniejszy – piękna zieleń a do tego małe jeziorka i część świątyń na wyspie. Jeszcze niedawno za ten odcinek płaciło się 40 BHT a za pozostałe po 30 lub 150 za wszystkie. Teraz niestety każda z części kosztuje 100BHT i nie ma biletów łączonych. Jak widać Tajlandia widząc potencjał w „grabieży” portfeli bogatych turystów z Zachodu postanowiła skorzystać. Dla nas to i tak niewielkie pieniądze, ale rozczarowującym jest fakt, że niewiele z informacji zawartych w przewodniku okazuje się prawdziwe…


Ale nie ma co narzekać… Do Sukhothai zdecydowanie warto pojechać na dzień lub dwa. Czy ta była stolica Syjamu jest ładniejsza od swojego poprzednika? Jeśli ktoś wybiera się na wycieczkę w porze zachodu słońca – zdecydowanie! Widoki są tak niesamowite, że czasem ciężko uwierzyć, że niebo potrafi być tak kolorowe, a świątynie spowite półmrokiem są prawdziwe. W tym wszystkim jest jakaś nutka tajemniczości i magii. Niestety kiedy dotarłam na miejsce, do zamknięcia parku zostało mi tylko 1,5 h więc zobaczyłam bardzo niewiele. Cały park rozciąga się na powierzchni 72km2. Sam centralny sektor nie jest ogromny, o ile dysponuje się choćby rowerem. To chyba najlepszy i najtańszy środek transportu po kompleksie. Całkiem wygodny rower można wypożyczyć za 30BHT na cały dzień.

Po tym, jak udało mi się zobaczyć zachód słońca nad ruinami, pomyślałam, że fajnie byłoby zobaczyć wszystko  w świetle poranka i tym razem trochę więcej. Nieco zahartowana w niedosypianiu wstałam o 5.45 i pojechałam cała rozanielona zwiedzać razem ze wschodzącym słońcem. Właściwie te dwie pory są chyba najlepszymi na wycieczkę do parku- po pierwsze ze względu na brak tłumów szturmujących każdą świątynię i obfotografowujących wszystko z każdej możliwej strony, po drugie szansa na dokładne zwiedzenie wszystkich sektorów (jeśli zaczniemy rano) i zdobycie niepowtarzalnych zdjęć samemu. 

Zachód:




Wschód:




http://graphic.g.mylog.pl/graphics/13086



A jak wygląda Sukhothai o 6 rano? Trochę zaspane, ale dla wielu dzień zaczął się już znacznie wcześniej – jak np. dla mnichów, którzy jeszcze przed wschodem chodzą po ulicach i zbierają jedzenie. Nie ma dobrego określenia na te dary, bo „jałmużna” ma raczej mało pozytywny wydźwięk. Mnisi co rano przemierzają wioski lub miasta i dostają od miejscowych koszyki i wiaderka, w których znajdują się niezbędne produkty do życia – herbata, ryż, owoce, woda, etc. Nie zbierają pieniędzy – nie wolno im. Przyjmują wszystko bez wybrzydzania i z uśmiechem dziękują. Tajowie chętnie obdarowują ich takimi koszykami, ponieważ wierzą, że dzięki temu zbierają dobre uczynki („punkty”) na poczet swojego kolejnego życia. Buddyzm (theravada – w Tajlandii) zakłada wiarę w reinkarnację, więc wszystko to, co robimy w życiu obecnym będzie miało wpływ na to, kim będziemy w przyszłym wcieleniu i jaki los nas czeka. Taka karma ;) 


Mnisi mają w Tajlandii bardzo wysoki status – cieszą się ogromnym poważaniem. Sami żyją jednak dość skromnie. W autobusach lub wodnych tramwajach stają zawsze w ostatnich rzędach, by nikomu nie wadzić. Istnieją też kobiety mniszki – te również golą głowy, jednak nie mogą nosić szat w tym samym kolorze, co mężczyźni. Damski strój jest biały i bardzo skromny, a kobiety same w sobie nie cieszą się tak wielkim poważaniem. Żyje im się trochę trudniej, gdyż Tajowie sądzą, iż obdarowywanie mnichów przynosi więcej chwały, niż pomaganie mniszkom. W Tajlandii panuje przekonanie, iż każdy mężczyzna (również chłopcy) minimum raz w życiu powinien przywdziać szaty mnicha i spędzić w tym stanie przynajmniej kilka tygodni lub miesięcy. Można powiedzieć, że istnieją trzy rodzaje mnichów- tacy, którzy zakładają swoje szaty na krótki czas (kilka tygodni), którzy przywdziewają je, by móc uczyć się w buddyjskiej szkole lub uczelni oraz tacy, którzy wybierają to jako swoją drogę życia i pozostają w tym stanie aż do śmierci. Porzucenie szat mnicha nie jest niczym złym i nie jest w żaden sposób piętnowane.


Sukhothai – zdecydowanie pozytywny klimat i piękne widoki. Dalej wybieram się jeszcze bardziej na północ- do Chiang Mai :)


Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Ayutthaya

niedziela, 20.stycznia.2013, 18:07

Niedziela i pobudka o 6.30, czyli to co w podróżach kocham najbardziej ;) No cóż, ale jak chce się pojechać do innego miasta i zwiedzić je w ciągu jednego dnia, to nie da się inaczej... 

Dziś przybyłam do Ayutthayi - miasta położonego około 70 km na północ od Bangkoku, które przez nieco ponoad 400 lat było stolicą Syjamu. Kiedyś ponoć było to jedno z bardziej imponujących miast w całej Azji! Niestety w 1767r. Ayutthaya została prawie doszczętnie zniszczona przez Birmańczyków, którzy bezwzględnie niszczyli, rozkradali i palili świątynie. Jednak pozostałości z okresu 1350-1767 oraz niemal "wyspiarskie" położenie (zbieg trzech rzek) sprawiają, że ściągają tu masy turystów. Nie bez powodu - miasto jest pod patronatem UNESCO i oferuje wiele ciekawych atrakcji. 

Drogę do Ayutthayi można pokonać na kilka sposobów - na własną rękę nie jest to wcale trudne. Ja wybrałam pociąg. W rozkładzie było napisane, że to Special Express- rzeczywiście, jechał tylko 1:20h w porównaniu do Ordinary train (2h), a wcale nie kosztował jakoś więcej. Za bilet na wagon 3 klasy (wygląda mniej więcej jak nasze Inter Regio ale do tego ma wentylatory pod dachem) zapłaciłam 20BHT (czyli 2zł)! :) Wysiadając na dworcu trzeba uważać na kierowców tul-tuków, którzy próbują od razu złowić nieświadomych turystów. Trzeba się targować - nie zawsze brać pierwszego z brzegu, warto podejść kilka metrów dalej, jeśli pierwszy rzuca "astronomiczną" jak na tajskie warunki kwotę. Do hotelu miałam tylko kilometr, ale z ciężkim plecakiem i przez ruchliwy most ciężko byłoby dotrzeć tam pieszo. Tak więc wzięłam tuk-tuka i zapłaciłam dwa razy tyle, co za pociąg - i to po wytargowaniu ceny... Niestety, kierowcy zrobili się bardzo łasi na pieniądze turystów. Za kilka lat Tajlandia może przestać być już unikalna i tania. 

Zwiedzanie początkowo zaczęłam pieszo. Jednak gdy tylko dotarłam do pierwszej świątyni i widząc jej ogrom oraz odległości na mapie do pozostałych obiektów, stwierdziłam, że w ten sposób połowa dnia zejdzie mi na samym dreptaniu... Jak widać ktoś tam na górze chciał mi chyba ulżyć- tylko pomyślałam "przydałby się rower"- patrzę a tu stoi kilka i jest wywieszka "rent a bike". Nawet nie wiecie, jak się ucieszyłam -mimo, że wszystkie to kilkunastoletnie gruchoty. Wyszła do mnie starsza Pani - nie znała zbytnio angielskiego, ale umiała powiedzieć, że rower kosztuje 50BHT za dzień i muszę oddać go do 18. Była taaaaaaak przesympatyczna! Chyba najfajniejsza spośród wszystkich Tajów, których do tej pory spotkałam. Wytłumaczyła mi (oczywiście mówiąc do mnie po tajsku... i na migi), jak mam zabezpieczyć rower od kradzieży, kiedy będę chciała zwiedzać świątynie. Dostałam więc łańcuch z kłódką. Rower miał koszyczek, w którym od razu wylądowała moja wielka ciężka torba z aparatem i wszelkimi innymi ustrojstwami. Pani dała mi nawet śliczną czerwoną siatkę zabezpieczającą, bo jak mi pokazała, na wybojach torba mogłaby wypaść :) I tak ruszyłam sobie rowerem orientując się w ostatniej chwili wjeżdżając na ulicę przy skrzyżowaniu, że tu ruch jest lewostronny. Po raz pierwszy miałam kłopot ze skręcaniem w prawo ;) Nie chodzi bynajmniej o to, że nie potrafiłam, tylko o to, że tu kierowcy samochodów, skuterów i wszelakich innych pojazdów na kółkach jeżdżą jak szaleni. Tego nauczyłam się już w BKK - tam jako pieszy mając zielone światło trzeba uważać na pasach, bo oni często przejeżdżają na czerwonym, albo wymuszają pierwszeństwo przy skręcie... No ale dałam radę :) 

Właściwie to nie pamiętam, kiedy miałam taką frajdę z jazdy rowerem! Słońce prażyło co prawda niemiłosiernie, ale i tak było bosko :) Najpierw zwiedziłam świątynię Wat Phra Mahathat- chyba najsłynniejszą ze wszystkich, a to ze względu na wizerunek twarzy Buddhy obrośnięty przez drzewo i odkrty dopiero około połowy XX wieku. Nie wiadomo dokładnie, jak to się stało, że posąg tak obrósł drzewem. Przypuszcza się, że kiedy Ayutthaya była plądrowana, wiele wizerunków Buddhy rozpadło się i zostało pogrzebane w ziemi. Przez kolejnych 100 lat teren był zupełnie opuszczony, więc zaczęła porastać go roślinność. Inna teoria głosi, że któryś ze złodziei nie mogąc zabrać ze sobą łupu od razu schował go i nigdy po niego nie wrócił, pozwalając by drzewo pokryło wizerunek Buddhy, tak jak to teraz widać. 










Potem próbując dotrzeć do kolejnej świątyni, którą sobie wyznaczyłam za cel, trochę się pogubiłam i dotarłam zupełnie gdzie indziej. Do świątyni, gdzie przed wizerunkiem Buddhy spiętrzonych stało kilkadziesiąt figur kogutów... 




Wreszcie udało mi się dotrzeć do pięknego Wat Phra Si Sanpet, który niegdyś był największym kompleksem świątynnym Pałacu Królewskiego i w którym od XV w. w bocznych chedi chowane były prochy członków rodziny królewskiej. 




Wróciłam tam też o zachodzie i wyszło z tego to:

Tuż obok leży Wat Phra Mongkon Bophit, gdzie można znaleźć przeogromny posąg Buddhy z XV w. wykonany a brązu.  

Wracając ku moim oczom nagle wyskoczyło to: 


A potem zobaczyłam ich więcej. Kiedyś w Ayutthayi mieściła się zagroda dla słoni, do której zapędzano złapane dziko żyjące słonie. Miały one służyć jedynie rozrywce króla. Ostatnie polowanie urządzono na początku XX wieku. Dziś oswojone słonie (tylko największe) wykorzystywane są jako "środek transportu" dla turystów. Mniejsze służą uciesze dzieci, bo można je karmić i głaskać :) Przy wiosce słoni można kupić koszyczek wypełniony kukurydzą i ogórkami. Słonie były dziś jednak wybredne i jadły jedynie ogórki ;)  

Słoń w składzie (nie) porcelany ;)


Na 16 chciałam wrócić do hotelu i zarezerwoać sobie 2h wycieczkę łodzią (longtail boat) płynącą wokół całego miasta, połączoną ze zwiedzaniem 3 innych przepięknych świątyni. Niestety brak wolnych miejsc... A rower już oddałam - no ale cóż jak nie ten, to znajdzie się następny. I znalazł się - dwa razy bardziej wiekowy niż jego poprzednik, ale za to klimatyczny i czerwony.




Postanowiłam ruszyć w stronę zachodzącego Słońca i do tej pory nieznane mi tereny. Tym sposobem odkryłam, że zamiast płacić 190BHT za wycieczkę można zobaczyć wiele ciekawych miejsc za parwdziwe grosze! Znalazłam małą przystań, gdzie za 10BHT można się przeprawić tam i z powrotem. Dzięki temu udało mi się obejrzeć Wat Phanan Choeng z 1324r. W środku znajduje się posąg siedzącego Buddhy powleczonego złotem, który ma 19m wysokości i 14.25 m szerokości mierząc od kolana do kolana. Zbliżenie się do posągu było prawie niemożliwe. A to dlatego, że setki Tajów i innych buddystów przybywają tam nie tyle w celach turystycznych, co po to, by się modlić o szczęscie. Miałam nawet okazję uczestniczyć w takiej modlitwie- setki wiernych powtarzających te same słowa. Na zdjęciu widać ludzi ubranych na biało stojących na posągu- akurat go ubierali w dodatkowe szaty. Najpierw materiał złożony w kwadracik rzucany był przez obsługę z dołu tym na górze, a potem wciąganięty został na posąg. Finał był jednak nieoczekiwany... Metry pomarańczowego materiału zrzucane z góry na wiernych, by ci podali go do tyłu i chowając się pod nim mogli zaznać przychylności Buddhy. Zgadnijcie, gdzie stałam? To było dość dziwne trafić w sam środek tego wszystkiego! Niesamowite uczucie być częścią takiego wydarzenia... 


Jutro czeka mnie dalsza podróż - do Sukhothai - i zwiedzanie ponoć jeszcze piękniejszych ruin niż te dzisiejsze. Czy rzeczywiście takie będą? Jutro się okaże :) 
Szkoda tylko, że znów nie wyśpię się na wakacjach ;)

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Ahhh ten weekend. Człowiek powinien móc się wyspać, poleniuchować, poprzewracać się z boku na bok, iść na masaż... Hmmm zapomniałam, że wczoraj już byłam - na tajskim. To lepsze niż rozciąganie na mojej grupie choreograficznej w Salsa Factory ;) Tajski masaż jest przyjemny - ale dopiero w efekcie końcowym. Dla mniej zorientowanych w tajnikach różnych technik masażu, tradycyjny tajski masaż wygląda tak: każą się odziać w specjalne ciuszki, położyć na plecach i wtedy... zaczyna się ugniatanie łokciami, kolanami, BARDZO (!!!) silny ucisk mięśni łydek i ud, wyciąganie stawów (palców u dłoni i stóp, nadgarstków, ramion, kolan i bioder), potem masaż pleców i karku i znów masaż nóg- tym razem delikwent leży na brzuchu a masażystka chodzi po tylnej części naciskając odpowiednie punkty i zgrabnie balansując swoim ciężarem :) Wymasowana jest także cała głowa i twarz. Najfajniejszy był moment kiedy masażystka usiadła za mną, kazała założyć mi ręce za głowę, jakoś między moimi ramionami przeplotła swoje i zaczęła mnie lekko kołysać na boki skręcając przy tym mój tłów. Po trzeciej kołysce skręciła mnie mocniej a połowa moich kręgów zrobiła głośne klik klik klik :D 
Najlepsze w tym wszystkim jest to, że wieczorem nie mogłam się garbić, bo wtedy bolały mnie plecy (jak widać tajski masaż korzystnie wpływa na ogólną postawę)... a z kolei rano wstałam z mega zakwasami! 

W Bankoku weekend nie służy jednak do odpoczywania - jest on bowiem doskonałą okazją, by wybrać się na Chatuchak Market na zakupy (czynny tylko w sb i ndz). Ogrom byłego Stadionu Dziesięciolecia przy tym wymięka. Tworzy go 27 sektorów. Każdy sektor to kilka-kilkanaście długich uliczek, które kryją w sobie różnorodne sklepy i skarby. Na Chatuchaku można znaleźć wszystko - ubrania, buty, torby - również znanych projektantów ;), meble, artykuły ogrodowe i ozdoby do wyposarzenia wnętrz, wyroby skórzane i rękodzielnicze (plecione bransoletki, ręczknie tkane torby, kolczyki etc.) antyki, dzieła sztuki, souveniry, ceramikę, produkty spożywcze i ... zwięrzęta!!! Szczeniaki ze spineczkami w grzywce, króliczki przebrane w spódnice, chomiki i nie wiem co jeszcze...  






Zdjęcie jest słabe, bo nie bardzo tam je można robić, ale jak się przyjrzycie, po lewej stronie zdjęcia zobaczycie, co Tajowie sobie do domów kupują ;) Dla mniej spostrzegawczych o słonia chodzi. 


Na rynku jest trochę grajków, są też dzieciaki ubrane w szkolne mundurki kwestujące np. dla ratowania jakiegoś obszaru przyrodniczego, albo na walkę z HIV (choć po angielsku posłużyli się dość dużym skrótem myślowym "donate for HIV")... ale w to już postanowiłam nie wnikać.

A tu dzieci spędzają swój wolny czas na rynku, podczas gdy mama pracuje i szyje obok :)


Dzień choć męczący- ponad 30 stopni, tysiące ludzi, wąskie uliczki, a do tego tu i tam dym z przydrożnych garkuchni - był bardzo miły i obfitował wzbogaceniem sie o parę a właściwie parenaście rzeczy :) Do dziś myślałam, że spakowałam się ekonomicznie - teraz stwierdzam, że wystarczyło wziąć tylko połowę albo i mniej ;)    

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Bangkok

piątek, 18.stycznia.2013, 18:55

Po trzech dniach spędzonych w Bangkoku nie wiem o czym mam pisać. Nie dlatego, że nic tu się nie dzieje- wręcz przeciwnie - tego wszystkiego jest po prostu za dużo! Gdybym chciała to wszystko ująć tu w słowa nikt pewnie nie dotrwałby do końca opowieści... No i przepraszam, że nie piszę systematycznie, ale ciężko zmobilizować się do wieczornego pisania po całodniowym chodzeniu, zwiedzaniu i szlajaniu się turystycznymi uliczkami… Jak tylko wracam do hotelu, padam z nóg…

W Bangkoku całe życie toczy się na ulicy. Od rana do późnych godzin wieczornych wszędzie pełno ludzi i samochodów. Gwarny szum turystów, tu i ówdzie pokrzykujący Tajowie reklamujący swój towar. Na ulicy robi się zakupy i na ulicy się je. Przydrożne garkuchnie, stragany i małe knajpki oferują całą masę pyszności. Jeśli ktoś lubi dobrze i różnorodnie zjeść - tu będzie się czuł jak w raju. A do tego jakie ceny! Mój pierwszy obiad - kurczak z bambusem w sosie curry, ryż i 2 sajgonki kosztowały mnie po przeliczeniu na naszą walutę 5,5zł. Świeże mango, szaszłyk z owoców morza, smażony ziemniak na patyku obsypany serem (ichniejsze chipsy), papaja, owoc durianu, zielone kokosy, naleśnik z bananami i czekoladą oraz tysiące innych smakołyków w cenie 1,5-2,5zł za porcję. W powietrzu właściwie ciągle unosi się zapach tajskiego jedzenia i egzotycznych przypraw. Idąc ulicą nie da się oprzeć, by czegoś niespróbować. Jedyne, co jest tu drogie to piwo i inny alkohol - małe piwo kosztowało mnie tyle co obiad i deser ;) O ile pierwszego dnia dość ostrożnie podchodziłam do jedzenia i skusiłam się raczej na tylko znane mi potrawy, to wczoraj i dziś poeksperymentowałam znacznie bardziej. Na obiad poszło coś z kurczakiem, zielonymi pędami, przezroczystym makaronem i czerwonym curry. Było ok, ale kolacja to był strzał w dziesiątkę! Smażony ryż z kalmarami w najlepszej garkuchnii na Thanon Rambuttri (gdyby ktoś się wybierał, jest na wprost hotelu "sleep withinn"). Dziś w tej samej kuchni jadłam krewetki, phat thai (smażony makaron ryżowy z warzywami i kurczakiem). Wszystko przygotowywane na bnieżąco ze świeżutkich produktów. Standardowe dania z ryżem kosztują tam w granicach 4-6zl. Ale można się też pokusić o świeżutkiego homara za 20zł, krewetki za 15zł, muszle niecałe 10zł :) A dla odważnych są też skorpiony na patyku po 12zł. Knajpkę odkryłam właściwie dzięki parze Polaków, którzy przesiadali się ze mną na samolot w Amsterdamie. Jakie są szanse, że spotkasz tych samych ludzi w 6,5mln mieście kolejnego dnia? No cóż… miałam szczęście :)
Tu akurat szaszłyk z owoców morza :)


Wczoraj na ruszt zwiedzanych obiektów poszedł Wielki Pałac i kompleks świątyń Wat Phra Kaeo. Rzeczywiście robią wrażenie! Szczególnie ogromne złote chedi ozdobione kinaris, czyli mitycznymi postaciami. Do tego szmaragdowy Buddha, liczne małe świątynie, złote figury bajkowych stworzeń i demoniczne Yaki – potwory broniące świątyni.





Złote chedi

Yaki strzegący świątyni


O zachodzie wybrałam się na targ kwiatowy, gdzie można kupić tradycyjne wieńce składane w ofierze przy posążkach Buddhy, ale też i zwykłe kwiaty. Dość dziwnie na mnie patrzyli, bo niewielu białych tam przychodzi.


Wracając chciałam wypróbować podróż tuk tukiem… Trzeba bardzo uważać, bo rzucają skandaliczne ceny. Jeżdżą jak wariaci, rzuca i trzęsie niemiłosiernie, a do tego jak mówią, że wiedzą gdzie jest Twój hotel, to nie zawsze tak jest. Nie wspominając o naciągaczach, którzy oferują rundkę po mieście, a w efekcie zawożą pod sklep i próbuję coś wcisnąć… Umówiłam się z kierowcą na 30 BHT (3zł; w Tajlandii płaci się w batach :P) i dwa razy pytałam, czy ok. Zgodził się. Płacę 30 a on mówi 80. Ja na to, że nie taka była umowa i że nie zapłacę. Targując się zszedł do 50, przy czym ja wysypałam mu jakieś drobniaki (mniej niż 10 BHT) i powiedziałam że więcej nie mam (co nie było prawdą, ale zdziercom serdecznie dziękuję- nawet jeśli to nieduże pieniądze. O zasady się rozchodzi!).

Z kolei dziś było jeszcze intensywniej niż wczoraj. Świątynia Wat Po, w której znajduje się ogromny posąg leżącego Buddhy (45m długości i 15m wysokości) oraz około 400 innych jego posągów i 200 chedi wyłożonych mozaiką. Na tyłach znajduje się szkoła. Dość dziwnie było zobaczyć, jak wygląda tam lekcja- po pierwsze na podwórku, po drugie dzieci wciąż coś powtarzały i równym chóralnym głosem odpowiadały na pytania nauczycielki.



Potem przeprawa promem na drugą stronę rzeki i zwiedzanie Wat Arun (Świątynia Brzasku). Tu wysokie prangi (chedi wykonane w stylu typowym dla khmerskiej architektury). Najwyższy prang ma 74 m i można na niego wejść wąskimi i stromymi schodami (zdecydowanie odradzam wszystkim, którzy mają lęk wysokości). Schody budowano dla małych azjatyckich nóżek mnichów, więc wszystkim Europejczykom wspinającym się na górę i schodzącym w dół ciśnienie rośnie w ciągu kilku sekund ;)
.


Po południu zdecydowałam się wyruszyć do Chinatown. To rzeczywiście takie małe Chiny w stolicy innego kraju… Przechadzając się poszczególnymi uliczkami w maksymalnym ścisku i gwarze nie wiedziałam na co mam patrzeć – zbyt wiele bodźców. Nie licząc większych ulic, cała dzielnica to jeden wielki targ, gdzie można kupić dosłownie wszystko – ubrania, buty, biżuterię, ogromne bele materiałów, mięso, owoce, przyprawy i milion innych rzeczy…

No to się rozpisałam… a to zaledwie 1/10 tego, co chciałabym powiedzieć ;)
Póki co to były takie ogólne informacje o tym, co tu robię. A o tym co czuję, myślę i przeżywam napiszę innym razem, bo tych pozytywnych wrażeń jest cała masa ;)

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Początek

środa, 16.stycznia.2013, 07:35

Początki zawsze bywają trudne. Mój tak się właśnie zapowiadał - najpierw kompletna zmiana planów na dzień przed wylotem, a potem na lotnisku informacja na dzień dobry, że nie za szybko chcą mnie w ten świat wypuścić... Co prawda odprawa, nadanie bagażu, bramki- wszystko bezproblemowo zostało załatwione w przeciągu 20min, ale cyrk zaczął się potem. Początkowo lot miał mieć 30min spóźnienia. Potem okazało się, że 1:20h a na koniec dostałam maila, że o 2h... Co śmieszniejsze informacje z lotniska (wylot 14.15) były sprzeczne z tymi, które przesłała mi centrala linii lotniczych na maila (wylot 14:55). I tak na dzień dobry był totolotek i niepewność, czy dążę się przesiąść. Ostatecznie udało się- miałam na to godzinę, ale biorąc pod uwagę rozmiary lotniska w Amsterdamie wcale nie jest to tak dużo...

Sam lot minął mi nadzwyczaj szybko. Aż sama nie mogłam w to uwierzyć... Jeszcze bardziej niewiarygodne było jednak to, co zobaczyłam za oknem po przebudzeniu. Klarowne, błękitne niebo a w dole nic tylko góry, pasmo za pasmem pokryte w większości drzewami. Mogłoby się wydawać, że to nic nadzwyczajnego, ale uwierzcie mi - to wyglądało tak, jak kraniec świata. Nie wiem, czemu ale na ten widok zaczęłam się uśmiechać. Tak po prostu... Miejsce totalnie dzikie, niezamieszkałe, nieskalane jakąkolwiek cywilizacją. Taka jest właśnie Birma z lotu ptaka. Dopiero potem oczom wyłania się dolina, przez którą przepływa rzeka i wraz ze swoimi dopływami tworzy coś w rodzaju plątaniny nitek. Tu i ówdzie widać jakieś małe wioski - kilkanaście domów na krzyż, czasem jakieś miasteczko. Może kiedyś się tam wybiorę ;)


Jakieś 1,5h później wylądowaliśmy w Bangkoku. Mimo dzikich tłumów turystów przylatujących z różnych zakątków odprawa paszportowa na lotnisku i odbiór bagażu były świetnie zorganizowane. Potem jeszcze tylko znaleźć taxi i w drogę. Dość śmiesznie to tu funkcjonuje. Idziesz do stanowiska, pokazujesz adres hotelu, Pani daje Ci jakiś bilecik i podchodzi do Ciebie kierowca z kolejki (kilkunastu/kilkudziesięciu?) innych kierowców i prowadzi do samochodu. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy to drogi - 4 pasmówka w każdą stronę? Czy my mamy gdzieś takie autostrady w Polsce? No ale kiedy zjedzie się z szybkiej trasy na drogi w poszczególnych dzielnicach nie jest już tak różowo- straszne korki. Warszawa w godzinach szczytu to jesy nic ;)
Druga rzecz, to totalny kontrast tego miasta. Wysokie drapacze chmur, biurowce, drogie centra handlowe, a pomiędzy tym wszystkim skromne chałupki, tu i tam rozwalające się budynki i sznury z suszącym się praniem, gdzie to tylko możliwe. A jaki jest Bangkok od podszewki? 

...właśnie patrzę na zegarek i stwierdzam, że to niemożliwe- 8.05 rano... Owszem możliwe w Polsce. Tu jest 6 godzin do przodu, tak więc po chwilowym odpoczynku najwyższa pora ruszyć w miasto. No i trzeba coś zjeść ;) 

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Podróż w nieznane

poniedziałek, 14.stycznia.2013, 23:50
No i stało się... lecę do Azji!!! Cztery tygodnie spędzone w zupełnie innym świecie. Czy dam radę? Mam nadzieję. W każdym bądź razie trzymajcie kciuki - z pewnością się przydadzą :)

Jaki jest plan? Dobre pytanie. Jeszcze niedawno miałam zamiar wstawić tu piękną mapkę z wizualizacją trasy po Tajlandii i Kambodży. Jednakże los bywa przewrotny i spłatał mi niemałego figla... Dzień przed odlotem z przyczyn różnych i podłóżnych wszelkie plany trzeba było zmienić. Wygląda na to, że jednak polecę sama. Czy towarzystwo dołączy w trakcie - nie wiadomo. Jeśli wszystko, co się w ostatnich dniach pogmatwało, jakoś się wyprostuje, jest szansa, że może się uda... 

Jedno jest pewne zaczynam od Bangkoku a co będzie dalej? Czas pokaże :)
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Belgrad

poniedziałek, 13.sierpnia.2012, 00:59
Do Belgradu zawitałyśmy przedwczoraj wieczorem. Tym razem nie miałyśmy tyle szcześcia, co poprzednio i musiałyśmy jechać opóźnionym pociągiem. Do Stolicy dotarłyśmy więc dość późno wieczorem. Zmęczenie dało o sobie znać, więc postanowiłyśmy wziąć taksówkę. Serbowie to mili ludzie, ale na taxiarzy - szczególnie tych przy dworcu trzeba uważać - po pierwsze nie wszyscy oferujący przewóz rzeczywiście są taksówkarzami, a po drugie proponują dowóz na miejsce za kwotę dwa-trzy razy wyższą, niż się należy. Zawsze trzeba iść na oficjalny postój (przed głównym wejściem do dworca). Jeśli pierwszy wolny taksówkarz podaje zawyżoną cenę, dobrze jest znaleźć jedną z dalej stojących taksówek, najlepiej konkurencyjnej korporacji. Nam tym sposobem udało się sporo zaoszczędzić a przy okazji trafił nam się bardzo przemiły Pan, który pokazał to i owo w mieście po drodze :) 

Belgrad sam w sobie mnie nie zachwycił- przynajmniej nie miasto. Ale jest w nim kilka zakątków, które zdecydowanie trzeba zobaczyć. Wzgórze Kalemegdan i twierdza na nim stojąca z pewnością do nich należą. Wybierzcie się tam najlepiej po południu tuż przed zachodem słońca. Wielu turystów i miejscowych przychodzi tam o tej porze codziennie tylko po to, by usiąść na murach fortecy i rozkoszować się widokami. Mieniące się tysiącami barw niebo i piękna panorama miasta skąpana w złotej poświacie to widok, którego nie da się łatwo zapomnieć.







Pysznego jedzenia można skosztować w Bohemian district, gdzie wieczorami czasem ciężko jest o wolny stolik. Ściągają tam nie tylko turyści, ale i mieszkańcy miasta. Zewsząd słychać śmiechy, śpiew i dobrą muzykę. Restauracje w tej dzielnicy nie należą do najtańszych, ale raz, czy dwa można sobie pozwolić na taką rozpustę. 

Jeśli ktoś jest kawoszem, powinien zajrzeć do kawiarni "?" (Kafana ?)- najstarszej w mieście. W ciągu swojej ponad 200-letniej historii kawiarnia zmieniała właścicieli i nazwy. Legenda głosi, że ostatni nie wiedział, jak ją nazwać, więc została pod znakiem zapytania. Miejsce jest niepozorne z zewnątrz. Znak zapytania łatwo jest przeoczyć. Idąc z mapą w ręku minęłyśmy to miejsce dwa razy, zanim zorientowałyśmy, że to właśnie jest słynna Kafana. W przeciwieństwie do tego, co widać z ulicy, wnętrze kawiarni jest doprawdy urokliwe- siedzi się przy małych stoliczkach, na trójnogich stołkach., Wszędzie drewno i koronkowe serwetki. Nie wiem, na ile Polakom może smakować tam kawa - my przywykliśmy do picia innej, ale w ramach kulturowych poszukiwać zdecydowanie warto ;)
W Belgradzie można też znaleźć polskie akcenty, jak np. ulica Tadeusza Kościuszki. 
kafana ?



Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Dalsza podróż

niedziela, 12.sierpnia.2012, 21:58
Poranne wstawanie (a właściwie skoro świt, bo chwilę po 5.00) na wakacjach nie należy do moich ulubionych czynności, ale skoro miałyśmy zamiar złapać jeden z pierwszych pociągów (o 7 rano), to trzeba było się poświęcić. Szybki prysznic, pakowanie ostatnich rzeczy, dopinanie walizki i w drogę. Jeśli ktoś kiedykolwiek miałby problem z porannym rozbudzeniem, polecam kilometrowy spacer o 6 rano z walizką do dworca ;) Na szczęście udało nam się po drodze kupić śniadanie- świeży i jeszcze cieplutki burek a do tego jogurt naturalny do picia. Mmmm na samą myśl o tych smakołykach robię się głodna. Burek z jogurtem, to typowe śniadanie Serbów. Kosztuje grosze a jest bardzo smaczny i daje odpowiednią porcję energii o poranku. 

Pociągi regionalne nie należą do najwyższych standardem, ale są bardzo tanie. Czasem miewają spóźnienia, ale nam się upiekło.

Z Suboticy pojechałyśmy do miasteczka Novi Sad. To niewielkie, aczkolwiek bardzo urokliwe miejsce. Przyjemnie spaceruje się uliczkami rynku podziwiając architekturę i styl poszczególnych zabudowań. Warto odwiedzić lokalne knajpki- osobiście polecam jedną o jakże dwuznacznej dla Polaków nazwie "Lipa" ;) Lipa wcale lipna nie jest. Serwuje przepyszne jedzenie w dobrej cenie. Mają też całkiem niezłe domowe wino :) 






Po drugiej stronie rzeki znajduje się stara twierdza - Petrovaradin. Warto ją odwiedzić i zobaczyć z góry panoramę miasta i krajobrazy rozciągające się nad pięknym, modrym Dunajem. Przejeżdżając przez most do twierdzy można odnieść wrażenie, że przenosimy się w zupełnie inną epokę. Stare domy kryte czerwoną dachówką, wąskie uliczki, podwórka, chatki noszące znamiona odległych czasów tworzące Stari Grad emanują niesamowitą atmosferą. 



Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Bałkany my love - część I

sobota, 11.sierpnia.2012, 23:56
Po dość leniwym urlopie w Bułgarii nadszedł czas na to, co Domi lubi najbardziej... Przygoda i przemierzanie dalekich, nieznanych krain stały się kolejnym punktem wakacyjnego programu. Na celownik trafiły Bałkany, które marzyły mi się już od dawna. Moja pierwsza przygoda z nimi zaczęła się właściwie w 2010 roku, kiedy wspólnie z kolegą wybraliśmy się do malutkiej nadbrzeżnej miejscowości Neum. To jedyne miejsce w całej Bośni i Hercegowinie, które ma dostęp do morza. Dwa tygodnie, które wówczas tam spędziłam oraz wycieczki do Mostaru i Dubrownika (Chorwacja) zachęciły mnie do dalszej esploracji tego regionu. 

Na Bałkany wbrew pozorom nie jest łatwo się dostać, jeśli ktoś nie chce wybierać się własnym samochodem. Przelot z Warszawy do Sarajewa w sezonie nie jest tani (800-1000zł) podobnie kształtują się ceny lotu do Belgradu. Można oczywiście jechać pociągiem, jednak całkowity czas podróży może nieco zniechęcić. Dlatego ja wybrałam inną opcję - znacznie tańszą, choć dla niektórych mogłaby się wydawać nieco hardcorowa ;) Lot z Modlina do Budapesztu (razem z biletem powrotmnym) kosztował mnie około 100zł. Jednak przy założeniu, że lecę tylko z bagażem podręcznym. W przeciwnym wypadku bilet wcale nie byłby taki tani. Połowa kobiet pewnie zdziwi się, jeśli powiem, że cała wycieczka zaplanowana była na 2 tygodnie. No bo jak to tak - TYLKO z PODRĘCZNYM? Da się? Oczywiście, że się da. Spakowałam najważniejsze rzeczy - ubrań zmieściło mi się tyle, że nawet nie musiałam robić żadnego prania w trakcie wyjazdu. Najważniejsze kosmetyki też wzięłam ze sobą, a pozostałe kupiłam na miejscu za niewielkie pieniądze. Dorocie - koleżance, z którą jechałam, udało się nawet upchnąć suszarkę i prostownicę do włosów (ale kosztem prania). Tak mniej więcej wyglądała nasza trasa: 




Na zwiedzanie Budapesztu trzeba poświęcić kilka dni (3-4 powinny wystarczyć).
Jeśli ktoś lubi klimatyczne knajpki, niech wybierze się w okolice żydowskiej dzielnicy - znajdzie ich tam pod dostatkiem. Nie będę się tu rozpisywać o Budapeszcie, bo to o Bałkanach chcę mówić. Jedynie na zachętę wstawię kilka zdjęć. 



Z Budapesztu pojechałyśmy pociągiem do Serbii. Pierwszy przystanek na naszej drodze - miasteczko Subotica. Małe ale klimatyczne. Jeden dzień to wytarczająco dużo by zwiedzić je w całości i odwiedzić pobliskie Jezioro Palić, gdzie można wybrać się na spacer, wypożyczyć rower i zaznać chwili relaksu. Subotica jest miejscem, w którym żyją wyznawcy różnych religii- katolicy, prawosławni Serbowie, Żydzi. Warto zobaczyć poszczególne świątynie, a także przejść się deptakiem i przyjrzeć się dokładnie miejskiej architekturze. Można znaleźć tam naprawdę niezłe perełki. W trakcie naszego pobytu odbywały się aurat Dożynki - niesmowita okazja do poznania miejskiego folkloru- strojów, muzyki i kuchni. Wieczorny koncert ściągnął tłumy na plac wokół miejsckiego ratusza. Ciężko było znaleźć wolne miejsce w którejkolwiek "knajpce" rozstawionej specjalnie z okazji święta. Po długich poszukiwaniach, głodne i wycieńczone przycupnęłyśmy na długiej ławie przy jakichś starszych jegomościach. Wielce ucieszone zamówiłyśmy sobie coś do schrupania i piwo. Ku naszemu zaskoczeniu okazało się, że za 0,5l piwa (porządnego lokalnego PIWA a nie wody, jak to u nas bywa) zapłaciłyśmy w przeliczeniu na PLN 4 zł! A to nie była pierwsza tak miła niespodzianka. W miejscowości, gdzie oficjalnie mieszka nieco mniej niż 100 tys. mieszkańców, każdy kogo o coś zapytałyśmy znał angielski (przynajmniej w stopniu komunikatywnym). Nawet pewna Pani na dworcu serwująca nam kawę z tzw. minutki potrafiła się dokładnie dopytać, jaką tą kawę chcemy :) 


Palić
Synagoga w Suboticy

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Bułgaria na dobry początek

sobota, 28.lipca.2012, 22:36
Urlop - coś, na co człowiek z utęsnieniem czeka cały rok. Może nie każdy, ale ja zdecydowanie ;) Po męczącym roku na uczelni i w pracy uznałam, że tym razem należy mi się coś specjalnego - prawdziwie długie wakacje. 

Zaczęło się od Bułgarii. Na pierwszy ogień poszła wycieczka zorganizowana przez biuro podróży i tydzień słodkiego lenistwa w dobrym hotelu w opcji all inclusive. I choć nie jest to moja ulubiona forma wypoczynku, to przyznaję, że tym razem strzał był w dziesiątkę - dostałam to, czego dokładnie potrzebowałam.

Słoneczny Brzeg - typowo wakacyjny kurort, piękne szerokie plaże, czysta woda, rozrywek do wyboru, do koloru o każdej porze dnia i nocy. Miejsce, w którym można
zarówno porządnie wypocząć, dobrze zjeść, jak i się wybawić. Ale nie byłabym przecież sobą, gdybym cały tydzień byczyła się na plaży. Jeśli ktoś wybiera się w ten region kraju koniecznie powinien wybrać się do położonego nieopodal miastecza Nessebar, które widnieje na liście światowego dziedzictwa kultury UNESCO. Można tam zwiedzić kilka dobrze zachowanych cerkwi, pochodzących z okresu XIII – XIV wieku. Cennym zabytkiem jest średniowieczna cerkiew Chrystusa Pantokratora. Piękne malowidła ścienne można zobaczyć m.in. w cerkwiach Św. Spassa i Św. Stefana. 

Prócz zwiedzania zabytkowych świątyń warto wybrać się na spacer małymi uliczkami i obejrzeć tradycyjną architekturę bułgarskich domów na wybrzeżu. Bez wątpienia trzeba obejść cały półwysep wzdłuż falochronów i zajrzeć do portu. Można też przysiąść w jednej z lokalnych restauracji i spoglądając w morze zjeść pyszną baklavę, spróbować świeżych ryb i owoców morza, albo napić się bułgarskiego wina. Niestety Nessebar stał się bardzo turystycznym miejscem i jako takie potrafi się cenić. Jeśli jednak ktoś może sobie pozwolić na zjedzenie kolacji w takim miejscu, zdecydowanie powinien to zrobić! Widok morza w poświacie zachodzącego słońca, mewy bawiące się na wietrze, cienie statków zacumowanych w porcie...  
Nessebar




Niecałe 100km od Słonecznego Brzegu leży Warna. Jedno z większych miast na wybrzeżu i trzecie co do wielkości w całym kraju. Na zwiedzanie przeznaczyłabym jednak nie więcej niż jedno popołudnie. Warto zajrzeć do prawosławnej katedry (cerkiew jest dobrym punktem orientacyjnym do poruszania się po mieście).

W mieście można też znaleźć symboliczne mauzoleum Władysława Warneńczyka, kilka neorenesansowych, neobarokowych i neoklasycystycznych budynków. Polecam przejść się bulwarem ciągnącym się od placu przy katedrze aż do plaży i po drodze przyjrzeć się poszczególnym stylom architektonicznym. Warto też odwiedzić lokalny targ - dość tanio można kupić tam ubrania, buty, świeże owoce i aromatyczną kawę.

Jednak o wiele ciekawsze miejsca do zobaczenia kryją się poza miastem. Zdecydowanie godny polecenia jest Kamienny Las (Pobite Kamani) ok 25km od Warny na Zachód. Początkowo sądzono, że są to pozostałości greckiej architektury na tym terenie. Nie są to jednak ruiny świątyń ani miejskich zabudowań. Wszystko to jest tworem samej natury. Istne cudo! Wybierając się tam koniecznie musicie mieć nakrycie głowy i spore zapasy wody! Piasek latem nagrzewa się niemiłosiernie, więc wbrew pozorom klapki i wszelkie odkryte formy butów nie będą tu dobrym rozwiązaniem.





Z kolei jadąc od Warny w kierunu północnym po przejechaniu ok 15-2okm dotrzemy do pięknego Przylądku Kaliakra. Jeśli się Wam poszczęści macie szansę dostrzec delfiny bawiące się wśród morskich fal. Ja tego szczęścia niestety nie miałam :/ Ale mimo wszytsko warto odwiedzić to miejsce dla niesamowitych widoków.

Przylądek Kaliakra








Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Początki

niedziela, 15.lipca.2012, 15:04
Wspomnienia to cudowna rzecz. Szkoda tylko, że tak niezwykle ulotna... Dlatego postanowiłam zacząć je utrwalać - nie tylko na zdjęciach, ale i "na papierze". A skoro w najbliższym czasie zamierzam wiele podróżować, pomyślałam o tym, by założyć bloga.

Wszystkim śledzącym wpisy życzę, by okazał się użyteczny, dał odrobinę radości, informacji o tym, co się u mnie dzieje i możliwość odskoczni od codzienności. Mam nadzieję, że dla niektórych będzie on również inspiracją do własnych podróży. W końcu świat stoi otworem ;)

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


Księga Goœci

Archiwum
2012
lipiec (2)
sierpien (3)

2013
styczeń (7)



Mój Profil

Podlinkuj

Dodaj do ulubionych

brak kategorii (12)
wszystkie (12)



***
layout by Inez for Blogowicz